wtorek, 2 kwietnia 2013

koszyk w akcji

mały update do poprzedniego wpisu :-)

młody lansował się w sobotę z królikoszyczkiem tradycyjnie budząc zachwyt, gdziekolwiek się pojawił.
w tym roku tradycji nie stało się zadość i wszystkie jajka w stanie nieobtłuczonym dotarły na świąteczny stół.
i jeszcze podgląd na zawartość, czyli m.in. unikalne zającowe solniczkę i pieprzniczkę.
jako jedni z nielicznych mieliśmy w pakiecie coś zielonego i roślinnego.
niestety z powodów klimatycznych tegoroczne koszyczki zawierały przeważnie sztuczną florę.
gdyby ktoś pytał, dlaczego nie ma tu chleba, kiełbaski, chrzanu i innych wiktuałów, spieszę donieść, że to nie był jedyny koszyk w naszym dobytku.
w tym ogólnospożywczym nacisk był na zawartość, nie zaś na dekorację :-)


czwartek, 28 marca 2013

nu pagadi zajec

mimo że aura niespecjalnie na to wskazuje (ale prawdopodobnie się nawróci, bo mnie łupie prawy łokieć i szwy), wielkanocny sezon jest już bardzo na czasie :-)
odgrzebałam i doprowadziłam do stanu używalności zeszłoroczną robótkę z gatunku tych powodowanych skąpstwem ("cooooo? ja mam tyle kasy wydać?! sama se zrobię!").

oto moja riposta dla młodego miauczącego w świątyni konsumpcjonizmu o zajęczy koszyczek za 49,99.
koszyczek prawie zabytkowy (bo starszy ode mnie) ustrojony włóczkowym odzyskiem z szalika za złotówkę i koralikami z naszyjnika, który zawierał ich na tyle dużo, że taki ubytek mu nie zaszkodził w wyglądaniu.
improwizowałam metodą "na oko" - stąd nieelastyczny brzeg górny (rok temu nie umiałam inaczej) i niedopracowane przyfastrygowane uszy.
mimo to ma swój niezaprzeczalny urok i drugiego takiego w kościele nie było :-)
ponieważ przez wiosennie nieadekwatne temperatury, barwinek pospolity służący ozdobie jeszcze kima pod śniegiem, wpadłam na inny pomysł zielenio-zdobny.
mianowicie - jajka i inne gadżety wylądują na trawce z rzeżuchy, która aktualnie sobie rośnie na kielichu wody dziennie i dziś się zazieleniła.
___
kupiłam ostatnio w ciucholandzie za 2zł jedwabną sukienkę zawierającą z 5kg różnego kształtu czarnych koralików i cekinów, oczywiście w celach recyklingowych.
póki co obskubałam 2/3 jednego rękawa, mam pełny słoiczek tego czarnego dobra, toteż wczoraj niepohamowałam się przed częściowym jego spożytkowaniem.
popełniłam prototyp kołnierzyka-naszyjnika.
wyciągnęłam właściwe wnioski co do szczegółów wykonania i wersja następna mam nadzieję będzie już dobra do produkcji masowej, jeśli oczywiście będzie nań popyt.
bo surowca mam przynajmniej na tuzin (jak nie na dwa!), a jeśli oprócz perełek wziąć pod uwagę jeszcze koraliki owalne... to strach się bać ;-)

czwartek, 21 marca 2013

mania koralikowania

eksplorując ostatnimi czasy wasze blogi szczególnie często rzucały mi się w oczy koralikowe bransoletki.
a że jestem człowiek zazdrosny i z przyczyn ekonomicznych skąpy, to się zawzięłam, że sobie sama takie wyprodukuję.
niestety mina mi zrzedła, jak się okazało, że te cuda powstają przy współudziale szydełka.
bowiem szydełkowania, mimo łopatologicznych, bogatych zdjęciowo i filmowo tutoriali, nie jestem w stanie opanować nijak.
a naprawdę próbowałam!

pomysł umarł do momentu, kiedy u którejś z dziewczyn trafiłam na wzmiankę, że wyczarowała takie sznury koralikowe nie szydełkiem, a igłą.
zaczęłam drążyć temat nachalnie dopytując się wujka Google czy coś w tej sprawie wie.
i wybadałam, że efekt identyczny z szydełkowym uzyskuje się za pomocą splotu twisted herringbone.
jest do tego nawet instrukcja po naszemu u Anpandany.
dla mnie plusem jest to, że koraliki nawlekam na bieżąco, a jakbym ucięła za mało nitki, to jest możliwość zupełnie niewidocznego dowiązania kolejnych jej fragmentów.

poczyniłam zatem odpowiednie zakupy, tj. koraliki toho w rozmiarze 11/0, w następujących kolorach:
- transparent frosted cobalt
- metallic cosmos
- gold-lustered raspberry
- trans-lustered rose
- trans-rainbow green emerald
a do tego metalowe końcówki i kilka fikuśnych zapięć do przetestowania.

a co mi wyszło, można podziwiać poniżej:
najbardziej namęczyłam się z różową, bo mimo że to ten sam rodzaj koralików, to te akurat w 1/3 przypadków miały przyciasne dziurki, co czasem skutkowało pęknięciem koralika.
pół biedy jeśli dopiero go nawlekałam, ale czasami pękał taki gagatek będąc już dwa okrążenia niżej.
raz czy dwa jeszcze daje radę to zamaskować, jednak później zostało mi tylko prucie i zabawa od nowa, tym razem z bezwzględną selekcją tych koralików, co chociaż trochę się na igle blokowały.
mam jeszcze mały problem z klejem - użyłam uniwersalnego, ale choć przezroczysty i wydajny, to jak na mój gust za długo schnie i choć rano wklejałam końcówki, to wieczorem montując do nich zapięcia przyuważyłam, że niektóre jeszcze się nie przytwierdziły całkowicie i ostatecznie - byłabym wdzięczna zatem za polecenie jakiegoś zadowalającego.

sobota, 2 marca 2013

pulsujące ucho

tym razem projekt z gatunku walentynkowych (i recyklingowych), zrealizowany tegoż oczywistego dnia.
do dzieła stworzenia motywowało mnie wyzwanie u Truscaveczki, ale nadal cierpiąc na niechcizm nie opublikowałam swojego dzieła na czas w odpowiednim miejscu.
a sam pomysł jest prosty - weź nitkę i połącz punkty.
przetworzeniu poddałam okładkę z mojego archiwalnego zeszytu (i zwiastuję, że serca nie były jedynymi elementami z niej wyciętymi, o czym opowiem w następnym odcinku) i kawałek muliny o długości nie nadającej się do żadnej innej twórczości.
poświęciłam też kolczyki, które oprócz leżenia w pudełku lepszego zajęcia dotąd nie miały, więc zostały dawcą bigli.
powstanie dziurek w okładce umożliwił mój serdeczny i oddany cyrkiel z piórnika :-)

środa, 27 lutego 2013

szewska pasja

cierpiałam ostatnio na niechcica publicznego.
w sensie - naprodukowałam kupę rękodzieła (bez przewagi kupy), ale publikować to nie było komu.
w ramach pokuty będę teraz prezentować wszystko niemalże hurtem, co by nie wiało nudą.

na pierwszy rzut idzie projekt z cyklu "już nigdy więcej nie chwal się, że dziergasz, bo wiesz jak to się skończy".
byłam na imprezie urodzinowej, a jubilatka publicznie pokazała siebie w prezencie marki sweterek kończony pół godziny przed wyjściem.
zdjęć powyższego jeszcze nie ma, ale będą, obiecuję!
nieopatrznie naraziła mnie na ochy i achy znaczącej części towarzystwa, co zaskutkowało m.in. popytem na paputki niemowlęce z wyraźnym wskazaniem na dziewczynkę.

z powodu targających mną ostatnio negatywnych emocji, tak się rozpędziłam w relaksacji drutingiem, że popełniłam aż dwie pary butków.
pierwsza to bambosze na bogato.
wzór to  Babystøvler w wydaniu Calisty Yoo, wydziergany na drutach 2,5mm.
włóczka pochodzenia ciucholandowego, nowa, ale bez banderoli.
byłam przy tym święcie przekonana, że mam motek z błyszczącą nitką w ciemnym fiolecie.
oczywiście się pomyliłam i miałam, ale błękit królewski.
nie zraziłam się, bo się w duchu zarzekłam, że spod mojej ręki landrynkowo różowe buciątka nie wyjdą i koniec.
problem wynikł w kwestii ozdobnika.
guzik był z mało arystokratyczny, turkusowe kwiatki z odzysku się gryzły z tym odcieniem...
traf chciał, że miałam misję zapłacenia rachunków na mieście i napatoczyłam się na kiosk z asortymentem typu mydło i powidło, i znalazłam spinki do włosów z powyższymi perełkowymi detalami.
uznawszy, że da się je bezstratnie odseparować nabyłam przezornie sztuk 3, butki ozdobiłam, a i grzywkę długości za nos da się już poskromić.

zamawiająca jeszcze nie miała czasu ich odebrać, a ja z kolei miałam czas by się nudzić, więc powstała para bardziej dziewczyńska, zawierająca nieco różu (oczywiście w mało drastycznym odcieniu i w przyzwoitej ilości).
część fioletowa to nic innego jak początek z Saartje's Bootees, które to już popełniłam w wersji całkowicie czerwonej.
jednak fuksja to już moja radosna inicjatywa rezygnacji z paseczków na rzecz ciut wyższej, a węższej cholewki.
włóczka fioletowa to właśnie ta, o której myślałam, że ma dodatek błyszczący.
róż to podwójnie wzięte skrawki jakiegoś kordonka (miałam 3 malutkie kuleczki, z czego jedna w wielu odcinkach).
guziczków nakupowałam kiedyś w pasmanterii w straszliwej ilości z zamiarem nie przyszycia ich bynajmniej, a przyklejenia do jakiejś kartki okolicznościowej.
kartki nie wykonałam, bo mi zapał do pomysłu oklapł, ale teraz były jak znalazł.
przyszyte na amen i wieki wieków, ażeby nie stanowiły zagrożenia dla dziecka poniżej lat trzech.

sobota, 9 lutego 2013

pierwszyzna

przypomniałam sobie, że nie prezentowałam tutaj swojego debiutu dziewiarskiego.
a o ile dobrze liczę to jakoś teraz stuknęło mu 11 lat istnienia :-)
na dziewicze dziergadło nadaje się rzecz najprostsza - szalik.
moje umiejętności na tamtym etapie ograniczały się do oczka prawego i lewego zwykłego.
99% wykonania mojego, a pierwszy i ostatni rząd popełniła mama.
po prawdzie to dlatego, że nie umiała mi sensownie przekazać jak to się robi, a youtube wtedy nie istniało.
ba, chyba nawet internetu wtedy w domu nie miałam :-)
jak widać na załączonych obrazkach ograniczyłam się do ściągacza 2x2.
zużyłam 2 motki i trochę trzeciego jakiegoś akrylu, przy czym to "trochę" trochę widać, bo końcowy fragment jest mniej intensywnie zabarwiony (z tego co kojarzę, ostatni motek pochodził z innej dostawy).
dziergałam na prostych drutach grubości nieznanej znalezionych w babcinej części regału.
na tworzenie poświęciłam wtedy całe ferie zimowe.
zastanawiam się jednak co z nim dalej począć.
teraz kiedy nie jest mi wszystko jedno, jak na mnie leży, okazało się, że jest o pół owinięcia niedopasowany.
przy podwójnym zawinięciu zwisające końcówki nie są wystarczająco długie, żeby ładnie wyglądać, a przy potrójnym ciężko je stabilnie ukryć.
być może do przyszłej zimy przetworzę go na otulacz, ale póki służy taki jaki jest :-)

wtorek, 5 lutego 2013

zwyklak mrozoodporny

jedną pozycję z mojej nieustannie (niestety) rosnącej listy "must made" mogę odfajkować.
popełniłam sweter dla młodego o przeznaczeniu do grzania, a dopiero potem do wyglądania.
chociaż młody to młody - nawet jakby go w wór pokutny ustroić, to i tak laski piszczą ;-)

wzór to nic nadzwyczajnego - prosty raglan od góry w konfiguracji dżersej + ściągacz 2x2.
skopałam stójkę (za szeroka, bo żywiłam obawę, że ta piękna łepetyna się zakleszczy) i rękawy (lekko kuse, bo nie mam cierpliwości do tak małej ilości oczek na taaakiej długiej żyłce i za wcześnie skończyłam).
choć w sumie sweterek ma być zakładany pod bezrękawnik jak już się to przedwiośnie rozkręci, a mniemam, że młody zapragnie nawiązać bliskie stosunki z przyrodą i jak zachce łapy ufajdać, to mankietom się nie oberwie :-)
włóczka to odzysk z grubaśnego męskiego swetra w rozmiarze XXXL.
z metki wyczytałam, że to merynos pół na pół z akrylem.
standardowo drutowałam na 4mm, ale z perspektywy uważam, że 5mm wcale by nie zaszkodziło - sweterek wyszedł dość mięsisty, tym bardziej, że to była podwójna nitka.
ale nauczyłam się wreszcie dość istotnej techniki, mianowicie elastycznego zamykania oczek - tej wersji z oczkami przekręconymi.
do tej pory kończyłam "po normalnemu" tylko na grubszych drutach, ale to nie zawsze zdaje egzamin.
___
jestem na etapie myślenia nad rozwiązaniem technologicznym wykonania lekko nietoperzowatego sweterka z dekoltem typu łódka.
zastanawiam się czy robić go od góry czy od dołu, czy bezszwowo, czy na okrągło i czy rękawy jednocześnie śmigać z korpusem i dodać sam ściągacz, czy rękawy w całości.
nie mam też żadnego wzoru, który zadowalająco by mnie zainspirował i rozjaśnił sytuację, więc chyba pozostaje mi improwizacja.
przesypiam się z tym fantem kolejną noc z rzędu i światełka w tunelu póki co nie ma.