skrócona spódnica, która została dawcą na Asiuniową sukienkę, okazała się fasonem (tu pozwolę sobie zacytować klientkę ciucholandu) "co mi robi z dupy żyrandol".
dodajmy do tego przyuważoną stylizację kwiatowej kiecki ze skórzaną ramoneską, na widok który dostałam ślinotoku i chęci posiadania.
a los spódnicy przypieczętował post Brahdelt, o sukience prostej w konstrukcji, a przy tym szalenie wdzięcznej.
dorwałam się do nożyczek i bezceremonialnie przetworzyłam spódnicę na dwa kwieciste prostokąty.
a potem poimprowizowałam, co by tu zrobić, żeby wcisnąć się w te ograniczone materiałowe zasoby.
dobrze, że ostatnimi czasy nadużywam roweru, bo pół roku temu to i wciąganie brzucha by mi nie pomogło :-)
a przy okazji zdjęć, to muszę się pochwalić, że robił je mój od niedawna czterolatek.
myślę, że będą z niego ludzie w tej dziedzinie ;-)
choć jestem dumna z tego fatałaszka, to nie jest ostatnia kwiecista sukienka dla mojej osoby.
nadal marzy mi się coś zwiewno-dołem-maskującego, ale tym razem prawdopodobnie kupię nowy materiał i w końcu zrobię użytek z mamuśkowej prasy wykrojowej.
pierwsze kroki już poczyniłam - kupiłam solidną rolkę papieru śniadaniowego do kopiowania schematów :-)
sobota, 31 sierpnia 2013
środa, 28 sierpnia 2013
głęboka woda
chociaż mówiłam, że nigdy przenigdy nie podołam, to nawiązałam udaną koralikową współpracę z szydełkiem.
a przy okazji wymyśliłam (i wypowiedziałam) jakiś miliard nowych przekleństw, kiedy dziesiąty i setny raz nie mogłam przebrnąć przez drugie okrążenie sznura.
mój mózg był w stanie sobie zwizualizować, co się w tej technice dzieje z nitką, ale dłuuuuuugo nie potrafił tego przekazać rękom.
ale jak już coś z mi zaczęło wychodzić, to od razu postanowiłam przegiąć.
około 60 gramów szmaragdowych Toho w rozmiarze 11/0, czujecie to?
6 koralików w okrążeniu, około 30-stu daje centymetr sznura.
ostatni raz go mierzyłam, kiedy miał 57 centymetrów, a potem jeszcze ze dwa dni dłubałam dopóki mi się koraliki na nitce nie skończyły.
oprawiłam go w ostatnie w zapasie końcówki w kolorze starego złota, ozdobiłam piórkami i tak sznur został eleganckim krótkim lariatem.
jest taki, jak go sobie od początku wymarzyłam, jedynie co, to do mnie zupełnie nie pasuje.
dlatego czeka na swoją nową szyję :-)
a to tak dla zobrazowania faktycznej długości:
a przy okazji wymyśliłam (i wypowiedziałam) jakiś miliard nowych przekleństw, kiedy dziesiąty i setny raz nie mogłam przebrnąć przez drugie okrążenie sznura.
mój mózg był w stanie sobie zwizualizować, co się w tej technice dzieje z nitką, ale dłuuuuuugo nie potrafił tego przekazać rękom.
ale jak już coś z mi zaczęło wychodzić, to od razu postanowiłam przegiąć.
około 60 gramów szmaragdowych Toho w rozmiarze 11/0, czujecie to?
6 koralików w okrążeniu, około 30-stu daje centymetr sznura.
ostatni raz go mierzyłam, kiedy miał 57 centymetrów, a potem jeszcze ze dwa dni dłubałam dopóki mi się koraliki na nitce nie skończyły.
oprawiłam go w ostatnie w zapasie końcówki w kolorze starego złota, ozdobiłam piórkami i tak sznur został eleganckim krótkim lariatem.
jest taki, jak go sobie od początku wymarzyłam, jedynie co, to do mnie zupełnie nie pasuje.
dlatego czeka na swoją nową szyję :-)
a to tak dla zobrazowania faktycznej długości:
wtorek, 13 sierpnia 2013
flower power
kupiłam sobie radośnie kwiecistą spódnicę z niewidzialnymi kieszeniami.
niestety, zbyt krótką na maxi, zbyt długą na midi.
ale nic to, wzięłam nożyczki i skróciłam ją o dobre 20 centymetrów, a odcięty pas zachomikowałam na wypadek, gdyby przyszedł mi do głowy pomysł co z nim zrobić.
spódnica była suto marszczona, pas dość długi, więc pierwotnie sądziłam, że machnę sobie z tego krótkie letnie spodenki.
jednak kiedy uświadomiłam sobie powierzchnię wykroju w rozmiarze mojego zadka, to się okazało, że materiału w najlepszym razie wystarczy na jedną nogawkę i trochę, jeśli oczywiście pominąć kieszenie i inne bajery.
ale ten ochłapek irytująco domagał się, żeby natychmiast coś z nim zrobić.
i voila, jest sukienka na pięciolatkę!
wykrój żaden - po prostu trzy prostokąty, z czego najdłuższy po przymarszczeniu robi za całą część spódnicową, zszyte zwyczajnie ze sobą, z wykorzystaniem istniejącego już podłożenia.
przy górnej krawędzi doszyta gumka mająca trzymać całość we właściwym miejscu (ostatecznie wspomagana przez dwa granatowe ramiączka z tasiemki).
sukienka, mimo małej zawartości różu, przyjęta dość entuzjastycznie przez nosicielkę.
zapędy modelingowe ograniczyła zapchana do niemożliwości karta pamięci :-)
niestety, zbyt krótką na maxi, zbyt długą na midi.
ale nic to, wzięłam nożyczki i skróciłam ją o dobre 20 centymetrów, a odcięty pas zachomikowałam na wypadek, gdyby przyszedł mi do głowy pomysł co z nim zrobić.
spódnica była suto marszczona, pas dość długi, więc pierwotnie sądziłam, że machnę sobie z tego krótkie letnie spodenki.
jednak kiedy uświadomiłam sobie powierzchnię wykroju w rozmiarze mojego zadka, to się okazało, że materiału w najlepszym razie wystarczy na jedną nogawkę i trochę, jeśli oczywiście pominąć kieszenie i inne bajery.
ale ten ochłapek irytująco domagał się, żeby natychmiast coś z nim zrobić.
i voila, jest sukienka na pięciolatkę!
wykrój żaden - po prostu trzy prostokąty, z czego najdłuższy po przymarszczeniu robi za całą część spódnicową, zszyte zwyczajnie ze sobą, z wykorzystaniem istniejącego już podłożenia.
przy górnej krawędzi doszyta gumka mająca trzymać całość we właściwym miejscu (ostatecznie wspomagana przez dwa granatowe ramiączka z tasiemki).
sukienka, mimo małej zawartości różu, przyjęta dość entuzjastycznie przez nosicielkę.
zapędy modelingowe ograniczyła zapchana do niemożliwości karta pamięci :-)
czwartek, 20 czerwca 2013
przegląd koralikarski
jakiś czas temu rozpoczęłam poszukiwania alternatywy dla twisted herringbone stitch, bo owszem, to metoda łatwa, szybka i przyjemna, ale ograniczająca wzory w zasadzie do tych jednolitych, pasiastych i ewentualnie kropkowanych.
np. bransoletki typu gąsienniczka odpadają, bo koraliki, które mają wypadać na krawędzi, są nieznacznie, lecz nieznośnie skręcone.
wzory obrazkowe też nie wychodzą tak jak powinny - skok skrętu jest co dwa koralki, nie ma tu pojedynczych schodków, jak w sznurach szydełkowych.
ale na przynajmniej tymczasowe pożegnanie wykonałam kilka projektów na cito.
ten wzór w tym zestawieniu kolorystycznym cieszy się u mnie największym powodzeniem.
dlatego w wielkim bólu rodzi się trzeci egzemplarz, ponieważ ja piekielnie nie cierpię robić dubli.
powstał też nowy wariant bransoletki klubowej, niestety w przypadku połączenia tego wzoru z metodą herringbone, zamiast równych pasków są schodkowane.
podczas którejś eskapady na uczelnię i jednego z nudniejszych wykładów wykoncypowałam, że wizualnym odpowiednikiem szydełka byłby ścieg peyote, w ostatniej fazie zszyty brzegiem do brzegu.
i tak powstała moja pierwsza gąsiennica.
choć na oko wygląda to tak, jak powinno, tak niestety nie jest.
wzór się zgadza, ale plastyczność takiej bransoletki leży na całej linii.
jest paskudnie sztywna, jakkolwiek by nie kombinować z luźnością nawlekania.
tą powyższą naginałam do słusznego kształtu wodą i szklanką, tj. najpierw ją namoczyłam, a potem obwiązałam szklankę i pozostawiłam na dłuższy czas.
na szczęście znalazłam w sieci ścieg brick stitch i przepadłam chwilowo na punkcie wzorów o wyższym stopniu skomplikowania (raport na 256 koralików na przykład).
nie da się zaprzeczyć, że ta metoda daje sztywniejsze bransoletki od herringbone i już na lariat się nie nadaje.
ale na rękę sznur wychodzi wystarczająco plastyczny.
do 7 koralików w rzędzie bransoletka jest okrągła, powyżej tej ilości ma tendencje do spłaszczania, przez to, że tworzy się pusta w środku rurka.
ale w makowej, która jest na 10 koralików poradziłam sobie z tym wsuwając do środka woskowany sznurek ok. 4mm grubości.
jakby nie patrzeć jest to jednak fajna alternatywa dla szydełkoopornych.
nauczyłam się jednak i metody szydełkowej (choć niezmiernie denerwuje mnie fakt, że trzeba oszacować i nawlec konkretną ilość koralików od razu na początku).
no, może za dużo powiedziane - załapałam mniej więcej, gdzie się wkłuwać, jak przewlekać, itd.
wykonanie wymaga jeszcze treningu, bo zdarzało mi się zwężanie przez pomijanie i za luźne oczka.
ale jak już ma się jako taką wprawę, to robota idzie piorunem - w kwadrans zrobiłam ok. 5cm sznura.
fakt, że na pierwszy ogień maltretowałam większy rozmiar toho, tj. 8/0, ale igłą te 16-18cm robię przez około półtorej godziny (w sprzyjających warunkach).
ciąg dalszy się tworzy :-)
np. bransoletki typu gąsienniczka odpadają, bo koraliki, które mają wypadać na krawędzi, są nieznacznie, lecz nieznośnie skręcone.
wzory obrazkowe też nie wychodzą tak jak powinny - skok skrętu jest co dwa koralki, nie ma tu pojedynczych schodków, jak w sznurach szydełkowych.
ale na przynajmniej tymczasowe pożegnanie wykonałam kilka projektów na cito.
ten wzór w tym zestawieniu kolorystycznym cieszy się u mnie największym powodzeniem.
dlatego w wielkim bólu rodzi się trzeci egzemplarz, ponieważ ja piekielnie nie cierpię robić dubli.
podczas którejś eskapady na uczelnię i jednego z nudniejszych wykładów wykoncypowałam, że wizualnym odpowiednikiem szydełka byłby ścieg peyote, w ostatniej fazie zszyty brzegiem do brzegu.
i tak powstała moja pierwsza gąsiennica.
choć na oko wygląda to tak, jak powinno, tak niestety nie jest.
wzór się zgadza, ale plastyczność takiej bransoletki leży na całej linii.
jest paskudnie sztywna, jakkolwiek by nie kombinować z luźnością nawlekania.
tą powyższą naginałam do słusznego kształtu wodą i szklanką, tj. najpierw ją namoczyłam, a potem obwiązałam szklankę i pozostawiłam na dłuższy czas.
na szczęście znalazłam w sieci ścieg brick stitch i przepadłam chwilowo na punkcie wzorów o wyższym stopniu skomplikowania (raport na 256 koralików na przykład).
nie da się zaprzeczyć, że ta metoda daje sztywniejsze bransoletki od herringbone i już na lariat się nie nadaje.
ale na rękę sznur wychodzi wystarczająco plastyczny.
do 7 koralików w rzędzie bransoletka jest okrągła, powyżej tej ilości ma tendencje do spłaszczania, przez to, że tworzy się pusta w środku rurka.
ale w makowej, która jest na 10 koralików poradziłam sobie z tym wsuwając do środka woskowany sznurek ok. 4mm grubości.
jakby nie patrzeć jest to jednak fajna alternatywa dla szydełkoopornych.
nauczyłam się jednak i metody szydełkowej (choć niezmiernie denerwuje mnie fakt, że trzeba oszacować i nawlec konkretną ilość koralików od razu na początku).
no, może za dużo powiedziane - załapałam mniej więcej, gdzie się wkłuwać, jak przewlekać, itd.
wykonanie wymaga jeszcze treningu, bo zdarzało mi się zwężanie przez pomijanie i za luźne oczka.
ale jak już ma się jako taką wprawę, to robota idzie piorunem - w kwadrans zrobiłam ok. 5cm sznura.
fakt, że na pierwszy ogień maltretowałam większy rozmiar toho, tj. 8/0, ale igłą te 16-18cm robię przez około półtorej godziny (w sprzyjających warunkach).
ciąg dalszy się tworzy :-)
czwartek, 6 czerwca 2013
różowiasty
jakoś tak zapomniałam się pochwalić moim drucianym urobkiem, mimo że fotodokumentacja powstała tego samego dnia, co w przypadku zielonego motyla.
mea culpa, już się poprawiam.
od razu uprzedzam, że to wersja przed blokowaniem, do którego sweterek nabiera mocy ustawowej.
ostatecznie będzie nieco rozwleczony, o ile uda mi się niepostrzeżenie użyć do blokowania wersalki :-)
a ponieważ moje najbliższe otoczenie ma nieustające obiekcje co do moich poczynań rękodzielniczych, to sprawa się na razie odwleka.
jednak tak czy inaczej różowiasty będzie funkcjonował w zestawie z bokserkami, które mają koronkowe wykończenie (w przypadku szarej jest to część międzyłopatkowa), bo takie miałam widzimisię.
technicznie jest to moje drugie podejście do metody contigous, czy jak tam ją zwał.
pierwsze zakończyło się bolesnym pruciem na etapie, kiedy brakowało już tylko rękawów.
pojawiają się tu też rzędy skrócone, na karku (bo doczytałam, że można tak kształtować dekolt) i na dole w celu powstania części pupogrzejnej, która chwilowo dociepla nerki.
co by nie zanudzić się śmiertelnie niezliczonymi prawymi oczkami, dodałam po 3 subtelne zygzaki na bokach, które mają za zadanie spełniać tę samą funkcję, co kontrastowe boczne wstawki w wielu modnych fatałaszkach - zwężać optycznie problematyczne rejony nosiciela.
drutowałam na 3,5mm redukując zapasy Merino Exclusive, której to włóczki nadal mam 2 nienapoczęte motki i około połowę trzeciego (w tym wypadku będącego już po przejściach, tj. pruciu).
zastanawiam się co z tą resztą zrobić, ale póki co, nie mam konkretnego pomysłu.
mea culpa, już się poprawiam.
od razu uprzedzam, że to wersja przed blokowaniem, do którego sweterek nabiera mocy ustawowej.
ostatecznie będzie nieco rozwleczony, o ile uda mi się niepostrzeżenie użyć do blokowania wersalki :-)
a ponieważ moje najbliższe otoczenie ma nieustające obiekcje co do moich poczynań rękodzielniczych, to sprawa się na razie odwleka.
jednak tak czy inaczej różowiasty będzie funkcjonował w zestawie z bokserkami, które mają koronkowe wykończenie (w przypadku szarej jest to część międzyłopatkowa), bo takie miałam widzimisię.
technicznie jest to moje drugie podejście do metody contigous, czy jak tam ją zwał.
pierwsze zakończyło się bolesnym pruciem na etapie, kiedy brakowało już tylko rękawów.
pojawiają się tu też rzędy skrócone, na karku (bo doczytałam, że można tak kształtować dekolt) i na dole w celu powstania części pupogrzejnej, która chwilowo dociepla nerki.
co by nie zanudzić się śmiertelnie niezliczonymi prawymi oczkami, dodałam po 3 subtelne zygzaki na bokach, które mają za zadanie spełniać tę samą funkcję, co kontrastowe boczne wstawki w wielu modnych fatałaszkach - zwężać optycznie problematyczne rejony nosiciela.
drutowałam na 3,5mm redukując zapasy Merino Exclusive, której to włóczki nadal mam 2 nienapoczęte motki i około połowę trzeciego (w tym wypadku będącego już po przejściach, tj. pruciu).
zastanawiam się co z tą resztą zrobić, ale póki co, nie mam konkretnego pomysłu.
niedziela, 2 czerwca 2013
efektowne oszczędności
jakby nie było, od paru sezonów marzył mi się kombinezon.
i ostatnio na allegro wyniuchałam całkiem przyzwoity fason tegoż.
i o ile błyszczące tło suwaków byłabym w stanie zdzierżyć, to już cena skutecznie mnie powstrzymała od czyszczenia konta z zaskórniaków.
129zł + przesyłka, to jednak dużo jak na taki fatałaszek.
miałam jednak wielkie szczęście.
był czwartek, przecena o 50% w ciucholandzie i wysupławszy 3 złocisze nabyłam popielaty męski t-shirt oraz cienkie dresowe spodnie w bliźniaczym odcieniu i będące gigantycznym XXL.
a potem przy współudziale nożyczek i maszyny ziściłam swoje marzenie :-)
wystarczyło wyciąć większą dziurę na łepetynę (brzeg wymaga jeszcze lekkiego doszlifowania), skrócić i o połowę zwęzić nogawki, a na koniec z dwojga uczynić jedno przy pomocy solidnego szwu.
odpuściłam sobie suwaki na rękawach, ale rozważam jeszcze zdobnicze wykorzystanie ćwieków, których mam trochę w zapasach.
przydałby się też jakiś dłuższy naszyjnik, bo czegoś zdecydowanie mi brakuje do całokształtu.
jeśli uda mi się upolować taki sam zestaw w kolorze czarnym (inne kolory byłoby bardzo ciężko dopasować w gotowych rzeczach), to nie omieszkam sobie uszyć drugiego egzemplarza, bo tak mi się spodobał, że ciężko było mi go z tyłka ściągnąć celem przepierki, kiedy młody pozostawił nań kilka dowodów na to, że intensywnie fedrował piaskownicę :-)
i ostatnio na allegro wyniuchałam całkiem przyzwoity fason tegoż.
i o ile błyszczące tło suwaków byłabym w stanie zdzierżyć, to już cena skutecznie mnie powstrzymała od czyszczenia konta z zaskórniaków.
129zł + przesyłka, to jednak dużo jak na taki fatałaszek.
miałam jednak wielkie szczęście.
był czwartek, przecena o 50% w ciucholandzie i wysupławszy 3 złocisze nabyłam popielaty męski t-shirt oraz cienkie dresowe spodnie w bliźniaczym odcieniu i będące gigantycznym XXL.
a potem przy współudziale nożyczek i maszyny ziściłam swoje marzenie :-)
wystarczyło wyciąć większą dziurę na łepetynę (brzeg wymaga jeszcze lekkiego doszlifowania), skrócić i o połowę zwęzić nogawki, a na koniec z dwojga uczynić jedno przy pomocy solidnego szwu.
odpuściłam sobie suwaki na rękawach, ale rozważam jeszcze zdobnicze wykorzystanie ćwieków, których mam trochę w zapasach.
przydałby się też jakiś dłuższy naszyjnik, bo czegoś zdecydowanie mi brakuje do całokształtu.
jeśli uda mi się upolować taki sam zestaw w kolorze czarnym (inne kolory byłoby bardzo ciężko dopasować w gotowych rzeczach), to nie omieszkam sobie uszyć drugiego egzemplarza, bo tak mi się spodobał, że ciężko było mi go z tyłka ściągnąć celem przepierki, kiedy młody pozostawił nań kilka dowodów na to, że intensywnie fedrował piaskownicę :-)
środa, 29 maja 2013
portkotyp i przydamiś
madre udostępniła mi odrobinę ze swoich archiwów Burdy i Pramo z lat 90-tych.
jeżeli odjąć monstrualne poduchy na ramionach i fasony maskująco-poszerzające, to znalazłam kilkanaście całkiem fajnych fatałaszków, które być może przetworzę w noszalne 3D.
w ramach wprawki w kopiowaniu wykrojów popełniłam całkiem proste spodenki dla młodego.
cztery kawałki, kilka szwów, zero kieszeni i innych ozdobników, a to wszystko razy dwa, bo dawcą materiału były dorosłe rybaczki z SH.
młody póki co nie zgłaszał żadnych zażaleń, więc uznaję projekt za sukces.
ciężko mi było się odnaleźć w plątaninie czterdziestu wykrojów na jednej kartce, ale ostatecznie wiem już z czym to się je :-)
przy wykańczaniu drugiej pary zabrakło mi ciemnozielonej nitki, więc od lewej strony z braku laku jest seledynowa.
jakiś czas temu koleżanka wypatrzyła mojego kluczowego stworka-potworka i doszła do wniosku, że też takie ustrojstwo chce :-)
a dokładniej w wersji misiowej pandowej.
oczywiście się nie przyznałam, że moje dyndadełko kupiłam jako gotowy wytwór :-P
znalazłam tylko odpowiedni kawałek materiału (na którym moja Serenada wariowała i ostatecznie szyłam ręcznie) i powstało to:
ograniczyłam ozdobniki, bo sam deseń materiału wizualnie jest bardzo fajny.
miśka wypchałam wnętrznościami zdekapitowanego kiedyś w celach zdjęciowych innego pluszaka.
obecnie na horyzoncie maszynowym majaczy się widmo projektu "jak mieć trendy kombinezon za 139zł wydając li i jedynie 3zł".
dzisiaj potraktowałam nożyczkami surowiec, szwy przewiduję jak tylko zainstaluję szarą nić w odpowiednim miejscu :-)
jeżeli odjąć monstrualne poduchy na ramionach i fasony maskująco-poszerzające, to znalazłam kilkanaście całkiem fajnych fatałaszków, które być może przetworzę w noszalne 3D.
w ramach wprawki w kopiowaniu wykrojów popełniłam całkiem proste spodenki dla młodego.
cztery kawałki, kilka szwów, zero kieszeni i innych ozdobników, a to wszystko razy dwa, bo dawcą materiału były dorosłe rybaczki z SH.
młody póki co nie zgłaszał żadnych zażaleń, więc uznaję projekt za sukces.
ciężko mi było się odnaleźć w plątaninie czterdziestu wykrojów na jednej kartce, ale ostatecznie wiem już z czym to się je :-)
przy wykańczaniu drugiej pary zabrakło mi ciemnozielonej nitki, więc od lewej strony z braku laku jest seledynowa.
jakiś czas temu koleżanka wypatrzyła mojego kluczowego stworka-potworka i doszła do wniosku, że też takie ustrojstwo chce :-)
a dokładniej w wersji misiowej pandowej.
oczywiście się nie przyznałam, że moje dyndadełko kupiłam jako gotowy wytwór :-P
znalazłam tylko odpowiedni kawałek materiału (na którym moja Serenada wariowała i ostatecznie szyłam ręcznie) i powstało to:
ograniczyłam ozdobniki, bo sam deseń materiału wizualnie jest bardzo fajny.
miśka wypchałam wnętrznościami zdekapitowanego kiedyś w celach zdjęciowych innego pluszaka.
obecnie na horyzoncie maszynowym majaczy się widmo projektu "jak mieć trendy kombinezon za 139zł wydając li i jedynie 3zł".
dzisiaj potraktowałam nożyczkami surowiec, szwy przewiduję jak tylko zainstaluję szarą nić w odpowiednim miejscu :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)










































